Mnich nie zakończył medytacji, nawet kiedy biegły na niego dzikie słonie. Chciał osiągnąć spokój

We wszystkim wskazany jest umiar. 

Żadna przesada nie jest zdrowa. A robiąc coś, musimy się liczyć z konsekwencjami naszych czynów. Okazuje się jednak, że nawet duchowi nauczyciele i przewodnicy, którzy na co dzień uczą nas jak żyć i postępować, nie są bez wad i ulegają swoim kaprysom oraz fanaberiom. Zdarza się im też postępować wbrew prawom natury, która jest nieugięta.

W naszym kraju często narzeka się na zwierzęta, które wdzierają się na podmiejskie tereny, szukając jedzenia. Okazuje się, że podobne działania nie są żadnym ewenementem na światową skalę. Wchodząc na dzikie tereny i je sobie podporządkowując, człowiek coraz dalej przesuwa granicę głuszy przeznaczonej dla zwierząt. Dzikie i niepokorne stworzenia nie wiedzą, jednak co wolno, a czego im nie można i bez skrupułów pokonują sztucznie wyznaczone przez ludzi granice.

Niekiedy jednak to ludzie wchodzą tam, gdzie nie powinni w poszukiwaniu więzi z naturą. Przykład pewnego buddyjskiego mnicha pokazuje jak to niebezpieczne. 35-letni Phra Prapop Chanphaikhor spędził 19 dni pośrodku dżungli w środkowej Tajlandii. Pościł i odbywał rekolekcje religijne, poszukując duchowego spokoju, swego rodzaju nirvany.

Planował spędzić w lesie w Chachoengsao 25 dni. Początkowo w modlitwie wspierał go i towarzyszył mu inny mnich. Mężczyźni obozowali w namiotach i większość czasu spędzali na modłach i refleksji. Kiedy jednak leśnicy powiadomili mnichów, że obozują na trasie słoni, jeden z nich ugiął się i przeniósł w bezpieczne miejsce. Phra tego nie zrobił, uparł się, że wykona plan i spędzi w dżungli 25 dni. Nie przerwał swojej medytacji, bo jak twierdził, „chce się cieszyć spokojem i nie chce odchodzić”. 

Czytaj dalej na następnej stronie.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Przejdź na kolejną, by czytać dalej.



Reply