Spalono radioaktywnego mężczyznę. Po jego śmierci liczniki Geigera szalały jeszcze przez miesiąc!

Najstraszniejsze historie pisze samo życie. 

To opowiadania z dreszczykiem, tym straszniejsze, że wydarzyły się naprawdę. Nigdy nie wiemy, co w nas siedzi i nie można zakładać, że nigdy nic i nikt nas nie zaskoczy. Pracownicy jednego z krematorium w Arizonie byli jednak w naprawdę ciężkim szoku, gdy okazało się, że ich miejsce pracy jest skażone przez mężczyznę, który okazał się radioaktywny!


Skażenie nie było tak duże, jak po wybuchu elektrowni atomowej, liczniki Geigera nie mogły się jednak uspokoić i szalały jeszcze przez miesiąc od feralnej kremacji! Skąd w ogóle pomysł, że to ciało mężczyzny było radioaktywne? Wszystko zaczęło się od luki w amerykańskim systemie zdrowotnym…

Wszystko zaczęło się w 2017 roku, kiedy 69-letni mężczyzna z rakiem trzustki trafił do szpitala z nienormalnie niskim ciśnieniem krwi. Niestety zmarł zaledwie dwa dni później, a jego szczątki zostały skremowane. Nikt w szpitalu ani krematorium nie wiedział, że nie była to jego jedyna wizyta w krematorium w ostatnim czasie. 

Zaledwie dzień wcześniej 69-latek odwiedził inną lecznicę, gdzie leczono go na nowotwór. Wstrzyknięto mu tam związek radioaktywny Lu 177 dotatate (izotop Lutetu, którym leczeni są pacjenci chorzy na nowotwory przewodu pokarmowego). Kiedy więc szczątki mężczyzny spalono, w powietrze wraz z nim poszła niebezpieczna dawka lutetu. Zagrażający zdrowiu związek wdychali pracownicy krematorium i wszyscy mieszkańcy okolicznych domów. Nie wiedzieli, że coś może im grozić. 

Czytaj dalej na następnej stronie.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Przejdź na kolejną, by czytać dalej.



Reply