Mari była święcie przekonana, że weganizm wyleczył ją z raka. Kiedy choroba wróciła, na zmianę diety było już za późno

„Szewc bez butów chodzi” – mówi stare przysłowie.

Tyczy się ono wszystkich ekspertów, którzy mówią nam, jak żyć, a tymczasem sami dalecy są od ideałów. Do jednego worka możemy więc wrzucić lekarzy (zwłaszcza specjalistów od chorób płuc i serca), którzy palą papierosy i nie stronią od kieliszka, zaniedbane fryzjerki, czy kosmetyczki, nieszczęśliwych komików. Ci wszyscy ludzie stanowią zaprzeczenie wartości, które zdają się wyznawać. Mówią jedno, ale robią drugie.

Do długiej listy takich osób można śmiało dopisać Mari Lopez, YouTuberkę, która w inspirujących filmikach próbowała przekonać ludzi do zmiany stylu życia. Kobieta była chora na raka. Nowotwór był w 4, terminalnym stadium. Lekarze nie dawali kobiecie wielkich szans na wyzdrowienie, ta jednak znalazła sposób na utarcie im nosa.

Jak przekonywała w swych vlogach, sok z imbiru i cytryny wyleczył ją w 90 dni. Zamieściła nawet recepturę tego specyfiku.

Mari twierdziła też, że dzięki weganizmowi i wierze chrześcijańskiej, zmieniła orientację i zaczęła interesować się mężczyznami. Chorym na nowotwory doradzała zmianę diety. Sama jadła tylko surowe warzywa i piła wspomniany sok.

Kiedy jednak przeprowadziła się do siostry, ta zaczęła ją częstować burgerami i jedzeniem z mikrofalówki. Kobieta była zwolenniczką tradycyjnych metod leczenia. Namówiła Lopez na poddanie się radioterapii i chemioterapii. Karmiła ją mięsem, by słaba weganka nieco wzmacniała.

Dalszą część historii znajdziesz na następnej stronie.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Przejdź na kolejną, by czytać dalej.

źródło : babe.net, metro.co.uk


Reply