Staruszka zrezygnowała z chemioterapii, by wyruszyć w podróż marzeń. Zamiast cierpieć, postanowiła wycisnąć z życia wszystkie soki

Z życia trzeba czerpać pełnymi garściami, nie bać się ryzykować i nie tracić cennego czasu.

Póki jesteśmy młodzi, możemy pozwolić sobie na lenistwo i marazm. Z upływem lat, mijające miesiące stają się jednak coraz ważniejsze. Czas maksymalnie przyspiesza i coraz mniej mamy go dla siebie. Spada na nas coraz więcej obowiązków, a doba wcale nie staje się dłuższa.

Godzimy ze sobą mnóstwo rzeczy: pracę, dom, studia, rodzinę… W wolnym czasie zastanawiamy się jak tu dorobić i coraz częściej odpoczywamy tylko w trakcie snu. Spełnianie marzeń schodzi wtedy na dalszy plan, a samorealizację praktykujemy tylko na polu zawodowym. Tymczasem czas pędzi na łeb na szyję i zanim zdążymy się obejrzeć mamy już wianuszek wnuków przy fotelu. Dopiero wtedy przychodzi czas na refleksję i zrobienie czegoś dla siebie.

Starość ma swoje plusy, ale i minusy. Jaka jest cena wolnego czasu? Zwykle to któraś z chorób naszych czasów, których nie sposób się ustrzec. Jedna z nich stanęła na drodze do realizacji marzeń 91-letniej Normy Jean Bauerschmidt. Leciwa kobieta zachorowała na raka macicy w dwa lata po śmierci męża, którego odebrał jej nowotwór. Jedyną szansą przeżycia była dla niej chemioterapia. W obliczu takiej diagnozy ludzie zwykle kurczowo łapią się ostatniej deski ratunku, byleby tylko przedłużyć sobie życie, nieoczekiwanie Norma zrobiła jednak coś zupełnie innego.

Kobieta świadomie zrezygnowała z leczenia i zamiast do szpitala postanowiła udać się w podróż życia. Była w pełni świadoma swojej decyzji, jednak nie do końca pewna jak ją przyjmą lekarze. Obawiała się reakcji bliskich. Nie chciała, by uznali ją za wariatkę, czy samobójczynię. O dziwo jednak lekarze okazali kobiecie serce i pozwolili zadecydować o własnym losie. Murem za Normą stanęła również rodzina. Syn Tim i synowa Ramie spakowali się, wzięli psa Ringo i udali z mamą w podróż, mając świadomość, że będzie to ich ostatnia wspólna wyprawa.

Wyruszyli z Michigan 24 sierpnia 2015 r. Dziewięćdziesięciolatka zobaczyła m.in. Old Faithful w Parku Narodowym Yellowstone i Wielki Kanion. Przebyła 13 tys. mil (ponad 20 tys. km), odwiedziła 32 stany i zatrzymała się w 75 miejscowościach. Jej podróż można było obserwować na fanapage’u Wożąc Panią Normę, nazwanego tak w nawiązaniu do kultowego filmu Wożąc Panią Daisy. Na Facebooku staruszce kibicowało ponad 400 tys. osób! Tyle samo modliło się za nią, gdy zabrał ją rak.

Ostatnie dni Norma spędziła w szpitalu. Przez ten czas rodzina aktualizowała jej profil, publikując nowe wiadomości o stanie jej zdrowia, ale przede wszystkim przyjmując moc dobrych życzeń z całego świata. 30 września 2016 r. bliscy ogłosili odejście starszej Pani.  Dlaczego tak bardzo pragnęli podzielić się historią kobiety ze światem? Powód jest wzruszający, choć pewnie najlepiej zrozumieją go rodziny, którym przyszło pożegnać kogoś bliskiego.

Uderzyło nas to, jak trudno jest rozmawiać z kochanymi osobami, które musimy pożegnać. Jak strasznie ciężko jest spytać ich, jak chcą spędzić ostatnie miesiące życia. Mamy nadzieję, że dzięki naszej historii te rozmowy będą dla was trochę łatwiejsze – tłumaczyli najbliżsi kobiety.

Przed wyruszeniem w podróż życia Norma powiedziała: – Mam 90 lat. Nie jestem zainteresowana cierpieniem w szpitalu. Wyruszam w drogę. Od tego czasu za jej przykładem poszły tysiące osób. Nie nam oceniać, czy dobrze uczynili, świadomie rezygnując z życia, na pewno jednak, postąpili właściwie ciesząc się każdą chwilą danego im czasu.

Ten artykuł ma więcej niż jedną stronę. Przejdź na kolejną, by czytać dalej.

źródło : facebook.com, countryliving.com, wittyfeed.me


Reply